10 Victor od 10 maja

10 Victor od 10 maja

A w numerze m.in.:

- Niechciany domownik…

- Informator specjalny: Nastolatek i prawo

- Koleżanki mnie wykorzystują!

- Przyjaźń damska, przyjaźń męska – czym się różnią?

więcej
pogadaj na forum vg

11. Victor Gimnazjalista

A w numerze m.in.:

- Złe towarzystwo pije i pali? niekoniecznie...

- Zakochana bez wzajemności

- Zawód stylista

- Galeria typków - maruda

- Czas na bieganie

więcej
avatar

TakObczajTo

  • imię:
  • wiek: 14
  • skąd: Starogard Gdański
    (pomorskie)
więcej
avatar

Alexander

  • imię: M
  • wiek: 15
  • skąd: Kluczbork
    (opolskie)
więcej
avatar

sokmalinowy

  • imię:
  • wiek: 16
  • skąd: czarków
    (śląskie)
więcej

Regulaminy SMS-owe i nagrodzeni

więcej
lubie to na fb

Gwiazdkowy łańcuch cudów…

autor: Banaszuk

data: 08.12.2011 14:46

Jedyna noc, kiedy za sprawą jakiejś magii tak dziwnie wszystko się splotło, jakby ktoś połączył wyjątkowe chwile w łańcuch światełek…

 

- Brzęk! – bombka spadła na parkiet i od razu rozsypała się na tysiące okruszków.

„To już trzecia! Wszystko mi dziś leci z rąk” - pomyślała lekko zdenerwowana Łucja, czterdziestoletnia żona i mama. Wigilijne potrawy czuć było w całym domu. Barszcz, smażona ryba, kompot z suszu, wszystko to łączyło się w niepowtarzalną mieszankę. Jeszcze tylko nakryć do stołu i skończyć ubieranie choinki. Właściwie choinką miała zająć się Agata, ale jeszcze nie wróciła od koleżanki, trudno na nią czekać. Co roku mówi, że sama choinkę ubierze, a potem trzeba jej pomagać. Roztrzepana piętnastolatka. Chociaż ostatnio coraz bardziej milcząca, zamknięta w sobie. Nie chce powiedzieć, czy ma jakieś zmartwienie, więc mama może się tylko domyślać, że ma to związek z jakimś chłopcem.

„Oby tylko była szczęśliwa” – wzdycha mama.

„I oby rodzinka dobrze przyjęła to, co chcę im dziś powiedzieć” – Łucja nie potrafiła sama przed sobą ukryć zdenerwowania.

– No i gdzie oni są? – powiedziała na głos, wyglądając przez okno. – Przecież już ciemno, można by siadać do stołu.

 

***

 

„Nawet zima ma nas gdzieś i śniegu poskąpiła. Gdyby nie te światełka, kiczowate ozdoby, można by pomyśleć, że to listopad, a nie Wigilia. Łucja pewnie już się denerwuje, że mnie nie ma” – w tym samym czasie pomyślał jej mąż, Adam. W płaszczu, z teczką szedł powoli w stronę osiedla.

„Tak jakby miało znaczenie, czy zjemy o piątej czy o siódmej. Ale dla Łucji i Agaty to ważne, więc trzeba iść”.

Wysiadł z metra stację wcześniej, bo chciał się trochę przewietrzyć i przemyśleć sobie kilka spraw. Musiał wreszcie powiedzieć w domu, o tym, co go martwiło. Od stycznia nie będzie już dyrektorem departamentu. Będzie zwykłym pracownikiem, ze zwykłą pensją, bez premii, bez służbowej komórki i innych przywilejów. Zmieniło się kierownictwo i teraz obsadzają „swoimi” wszystkie lepsze stanowiska. O tej decyzji wiedział nieoficjalnie od dwóch dni, na papierze pewnie dostanie ją w przyszłym tygodniu. Westchnął ciężko.

„Trzeba powiedzieć dziewczynom. I tak się domyślą, że mam jakiegoś zgryza.” Najbardziej martwiła go sprawa pieniędzy. Zwłaszcza, że cały czas spłacali niemały kredyt. Łucja zarabiała niewiele – jak to w aptece.

Niespodziewanie z zamyślenia wyrwał go ruch po lewej stronie, niedaleko śmietnika. Przystanął, zaczął się przyglądać.

– Ej, nie bój się – cicho powiedział do burego kota, który obserwował go zza pojemnika na śmieci. – Wigilia dziś, wiesz o tym, burasie?

Nie przepadał za kotami, ale ten miał w sobie jakiś taki mądry spokój. Adam kucnął, otworzył teczkę i wyjął kanapkę z żółtym serem. W pracy nie miał apetytu. Powoli odpakował, a kot zwęszył, że jest szansa na coś do jedzenia. Krok po kroku przybliżał się. Adam zauważył, że kot wyraźnie utyka na tylną łapę.

– Masz, to prezent gwiazdkowy – powiedział, rzucając w jego stronę solidny kawałek sera. Kot błyskawicznie zjadł. Adam położył więc na ziemi resztę kanapki.

„Skoro głodny, to i chleb zje” - pomyślał, wstając i zamykając teczkę.

– Dobrego człowieka to z dala widać… Wesołych Świąt! – usłyszał za plecami.

Nie musiał się odwracać, żeby domyślić się, że to jakiś śmietnikowy „nurek” go zagaduje. Specyficzny zapaszek bezdomnego, brudnego człowieka czuć było z odległości kilku metrów.

– Aaa… nawzajem – odpowiedział zmieszany. Nie miał ochoty na pogawędkę. Ale gdy spojrzał na pomarszczoną twarz starego człowieka, zrobiło mu się głupio. Karmi kota, a tu człowiek potrzebuje pewnie pomocy. Po raz drugi sięgnął do teczki, bo przypomniał sobie, że dostał dziś od koleżanki z pracy pudełko czekoladek.

– Proszę, to… to na święta dla pana – wykrztusił szybko. Sam nie wiedział, po co to robi. Zawsze uważał, że bezdomni to problem opieki społecznej, są przecież noclegownie, darmowe posiłki. Ale ten człowiek w jakiś dziwny sposób go wzruszył.

– Oj, coś pan, niech pan żonie da albo dzieciom. Co mi staremu po takim rarytasie? – w oczach bezdomnego pojawiły się łzy, był wzruszony.

– Moja żona bez przerwy się odchudza, córa zresztą też – odpowiedział ze śmiechem. – Proszę, niech pan weźmie.

– Aj, co mam powiedzieć? No dziękuję, prawdziwa wigilia dziś będzie. Bo ja teraz idę do kościoła, wie pan, do zakonników, oni zawsze w wigilię nas na pierogi zapraszają. To podjem sobie pierogów, a potem i deser będzie – rozmarzył się, przyciskając mocno do piersi pudełko czekoladek. – No, nie zatrzymuję pana, pewnie w domu czekają.

Adam kiwnął na pożegnanie, spojrzał jeszcze raz w stronę śmietnika, skąd nadal patrzyły na niego kocie oczy.

– A ten kot… - dodał jeszcze na odchodnym bezdomny – od niedawna tu jest, pewnie ktoś go wyrzucił. Taki nieudacznik jak i ja. Wczoraj kamieniami za nim jacyś rzucali, bo do ludzi się za bardzo garnie. Dlatego kuleje…

Adam jeszcze raz kiwnął głową na pożegnanie i poszedł w stronę domu…

 

Naciągnęła kaptur na głowę, wcisnęła ręce w rękawy. Było jej zimno i źle. W środku wszystko aż bolało. Nie wiedziała, że to może tak boleć. Szła przed siebie, z opuszczoną głową, słuchawkami w uszach. I tak nie wiedziała, czego słucha, było jej wszystko jedno. Myślała, że będzie płakać, że będzie zła. A tu nic, tylko taki ból gdzieś w środku. Cały czas docierało do niej to, co powiedziała Paulina:

– Agata, proszę cię, zrozum mnie. Ja go kocham, on mnie też. Wiem, że ci się Piotrek podoba, on też o tym wie i dlatego prosił, żebym z tobą porozmawiała. Bo my… no wiesz, chcemy być ze sobą. Nie mów, że się nie domyślałaś…

Nie domyślała się, ani trochę. Była tak zaślepiona uczuciem do Piotrka, że kompletnie nie zwracała uwagi na to, że była dla niego jedynie dobrą koleżanką tej, na której tak naprawdę mu zależało. Paulina była najlepszą przyjaciółką Agaty, siedziały w jednej ławce, chciały iść do tego samego liceum. A teraz co? Już nie będzie wspólnych pogaduch? Za jednym zamachem straciła i przyjaciółkę i chłopaka, w którym się podkochiwała. I sama nie wiedziała już, czego jej bardziej żal. Czuła się oszukana i samotna. Bo oni pewnie teraz gadają przez telefon, szczęśliwi, że już oficjalnie mogą być razem, nie przejmując się Agatą. A ona – idiotka – chciała mu dziś dać prezent gwiazdkowy. Pokazała go Paulinie, pytając się, co myśli o słodkim, śmiesznych króliku w narciarskiej czapce. I wtedy właśnie Paulina postanowiła porozmawiać z nią poważnie. Gdyby nie pluszowy królik i plany Agaty, żeby jeszcze dziś wieczorem pójść pod blok Piotrka i pod byle pretekstem wyciągnąć go na dwór i dać mu ten prezent, pewnie wcale nie doszłoby do tej rozmowy.

„Jestem kretynką” po raz kolejny pomyślała Agata. „Miałyśmy razem jechać na ferie. I na sylwka miałyśmy razem iść. A teraz co? Ona pójdzie z nim, a ja będę siedzieć w domu”.

Podkręciła głośniej muzykę, żeby przestać myśleć. Tak bardzo chciała być już w domu, a jednocześnie kompletnie nie miała ochoty na wigilijne uśmiechanie się i życzenia. Przyspieszyła kroku, pobieżnie rozglądając się, czy nic nie nadjeżdża. Nie chciało jej się iść do pasów, za daleko.

Nagle…

W jednej sekundzie Agata usłyszała pisk opon, krzyk człowieka tuż obok niej, poczuła szarpnięcie za rękaw i dziwny smród. Wszystkie te doznania trwały jednocześnie przez kilka sekund. Serce waliło jej jak młotem. Zamarła.

– Dziewczyno, co ty… no co ty wyprawiasz? – obok niej stał bezdomny, stary człowiek i cały czas trzymał ją za rękaw. To on tak śmierdział. Wściekły, wrzeszczący coś przez okno kierowca nawet nie kwapił się z wyjściem z samochodu. Skoro nie potrącił, a jedynie przestraszył dziewczynę, to nie było żadnej jego winy.

Agata ciągle nie mogła uciszyć rozszalałego serca. Powoli docierało do niej, co się wydarzyło. Gdyby nie ten śmierdzący staruch, już by leżała tam, na jezdni.

– Niech mnie… niech mnie pan puści… – tylko tyle zdołała powiedzieć.

– Co? A tak, tak, no tak – stary cofnął rękę – Przeraziłem się, szłaś jak w ogień, dziewczyno. Nie można tak, nie można…

- Ja… ja muszę już iść – wiedziała, że powinna mu podziękować, ale jakoś nie chciało jej to przejść przez gardło. Co za okropny dzień!

– Tylko uważaj na siebie! – stary cały czas był przejęty tym, co się stało. Chyba nawet bardziej niż Agata.

*

Do niej dotarło to po kilku minutach. Ten odgłos hamowania, szarpnięcie, przez który naderwał się nawet rękaw. „Jezu, przecież ja już bym nie żyła. Ten samochód gnał jak cholera”. Dopiero teraz poczuła, że ma całkiem mokrą koszulkę na plecach, tak spociła się z nerwów. Zaczęła biec, byle szybciej znaleźć się w domu.

*

Agata wpadła do mieszkania i w przedpokoju zderzyła się z tatą, który dotarł chwilę przed nią. Mama popatrzyła zaniepokojona:

– Co się stało? Co z twoją kurtką? Napadł cię ktoś?

Agata z trudem łapiąc oddech wyrzuciła z siebie – jak omal nie wpadła pod samochód, jak bezdomny ją wyciągnął. Wstyd jej było za własną głupotę, ale czuła, że musi o tym opowiedzieć, tak bardzo się bała.

– O, Boże! – mama z całych sił ją przytuliła, tata stał ze skamieniałą twarzą. Tak niewiele brakowało do tragedii. „Bezdomny staruch? Czyżby…” przeszło mu przez myśl. Jeszcze kilka minut temu martwił się kłopotami w pracy. Teraz dziękował Bogu, że to jedyne jego zmartwienie, że los zesłał tego bezdomnego.

Łucja nie chciała wypuścić z objęć córki – intuicja matki jej nie zawiodła, te tłukące się bombki, to podenerwowanie. A ona się martwiła, jak rodzina zareaguje, na to co chce im powiedzieć. Jakie to ma teraz znaczenie? Liczy się tylko to, że Agata jest cała i zdrowa. Dzięki temu człowiekowi…

*

Sporo jeszcze czasu upłynęło, zanim usiedli do wigilijnej kolacji. Tradycja musiała poczekać, rozmowa była ważniejsza. Tata opowiedział najpierw o spotkaniu z bezdomnym, o kocie i wreszcie o tym, dlaczego tak powoli wracał dziś do domu. Nie było mu łatwo przyznać się, że będzie mniej zarabiał, że owszem będzie miał trochę więcej czasu dla rodziny, skończą się niespodziewane wyjazdy, ale finansowo to poczują. Ku jego zdumieniu Łucja zareagowała westchnieniem ulgi i szerokim uśmiechem:

– No to będzie zmiana ról. Ja też mam wam coś do powiedzenia i też się bałam, jak zareagujecie. Ta firma farmaceutyczna, dla której kiedyś przygotowałam ofertę, pamiętacie? Zadzwonili do mnie i mają dla mnie pracę. Kierownicze stanowisko, spora odpowiedzialność, wdrażanie nowych produktów. No i… sporo większe pieniądze. Bardzo im zależy, bo ta oferta była strzałem w dziesiątkę, od razu weszli na rynek. Ale… będę czasem wyjeżdżać na dzień, czy dwa. I dlatego się bałam, jak sobie z tym wszystkim poradzimy…

Jeżeli prawdą jest, że choinkowe lampki mają szczególną moc, to te w rodzinie Agaty miały chyba turbo doładowanie. Bo przez te kilka minut, stojąc tuż obok rozświetlonego drzewka, czuli, że łączy ich tak silna miłość, jakiej na co dzień nawet sobie nie uświadamiali. Wiecznie zajęci pracą, zakupami, rachunkami, szkołą, żyli z dnia na dzień. Aż tu nagle poczuli, że życiowe zakręty i decyzje nie są wcale takie straszne. Najważniejsze jest to, że mają siebie, że są cali i zdrowi…

*

Wreszcie i śledź i karp i barszcz doczekały się swoich „pięciu minut” na tej niezwykłej Wigilii. Agata już ochłonęła i zaczęła – jak co roku – z ciekawością zerkać w stronę prezentów. W takich chwilach zawsze czuła się dzieckiem. Uwielbiała te kolorowe paczki i torebki, choćby nawet nie kryły żadnej niespodzianki, a tylko to co sobie obdarowany „zamówił” – tusz do rzęs, najnowszą książkę Umberto Eco, apaszkę w odcieniach fioletu… Dźwięk smsa przypomniał jej, że dzisiejszy dzień wcale nie był taki przyjemny. Ta sprawa z Piotrkiem i Pauliną… Znowu zabolało. Sms był właśnie od Pauliny. Agata przez chwilę wahała się, czy odczytywać.

„A niech tam, przecież mogłam już nie żyć… Jakie to ma teraz znaczenie?” pomyślała.

„Kochana, nie chcę mojego ulubionego śledzia z jabłkami, nie chcę piernika, prezentów też nie chcę, chociaż wiem, że mam dostać iPoda (!!!), nic nie chcę, tylko CIEBIE! Cały czas myślę o Tobie, o tym, jaka jesteś dla mnie ważna i jak bardzo Cię dziś zraniłam. Proszę, napisz, że nadal chcesz ze mną gadać…P.”

Agata nie mogła się nie uśmiechnąć. Cała Paula. Były takie podobne do siebie, jedna za drugą w ogień by skoczyła. Narwane, szalone i zawsze nierozłączne. I to miałoby się skończyć? Z powodu chłopaka? Niewiele myśląc, odpisała:

„Nie jedz piernika, bo będziesz gruba Możesz mi go przynieść, zrobimy wymianę na makowca mojej mamy, też pyszny. Kocham Cię, wstrętna małpo. Widzimy się jutro?” i z ogromnym uczuciem ulgi kliknęła Wyślij.

*

Jeszcze jedna sprawa nie pozostawiała spokoju.

– Tato…- podeszła do ojca. – Wiesz, o czym myślę? Czy my nie powinniśmy… to znaczy czy ja nie powinnam…

– Chyba wiem, o czym myślisz. Idź do kuchni, pomóż mamie, już szykuje pakunki.

Faktycznie. Łucja pakowała do plastikowych pudełek po kawałku wszystkich smakołyków, zawijała w folię plastry upieczonego na następny dzień schabu i cały czas zastanawiała się, co jeszcze można by dodać. W drzwiach stanął Adam:

– Wiesz, myślałem o tych moich wielkich butach zimowych, wiesz, tych co kiedyś kupiliśmy na promocji, a w sumie ze dwa razy założyłem, bo tak gorąco w nich. Bo on… no wiesz, on miał strasznie zniszczone buty…

– Pakuj, nie gadaj, dorzuć jeszcze ten sweter z owczej wełny, co go dostałeś od mojej mamy. Ani razu nie włożyłeś. Kto w mieście nosi sweter z owczej wełny?

Po kilku minutach siatka ze smakołykami i ubraniami była gotowa, a Adam i Agata ubierali się ciepło na wieczorną wyprawę. Być może będą musieli trochę pokrążyć, zanim znajdą tego, o kogo im chodzi.

W ostatniej chwili Łucja wcisnęła im do ręki stary duży ręcznik i zawiniątko z kawałkami ryby. Adam nie mógł zrozumieć:

– A to, po co to?

– Nie pytaj się głupio – odpowiedziała. – Rybą go zwabicie, a potem w ręcznik i do domu – wyrzuciła z siebie jednym tchem. Adam zdecydowanie wolniej myślał niż jego córka, która jak wystrzelona z procy zawisła na szyi mamy:

– Mamuś! Zgadzasz się? Naprawdę się zgadzasz na tego kicia?

– Przecież… przecież ty nigdy nie chciałaś kota – Adam zdumiony popatrzył na żonę.

- Nigdy, nigdy… - udawała obrażoną Łucja – Innych nie chciałam, a tego chcę. No, idźcie już!

Po chwili zbiegali ze schodów, a Łucja z góry jeszcze wołała do nich:

– Spróbuj go namówić, żeby przyszedł, wykąpał by się, no wiesz… A, i uważajcie na tę łapę! Ostrożnie!

A potem poszła sprzątać ze stołu. Jak co roku. Chociaż ta Wigilia była zdecydowanie inna. I być może, jeszcze się nie skończyła. Zależy od tego, czy misja Adama i Agaty się powiedzie.

 

Co chciała powiedzieć rodzinie Łucja, jak informację o zmianie stanowiska Adama przyjęła rodzina...

O tym przeczytacie w 25. Victorze.

 

komentarzy: 1

Skomentuj ten artykuł

Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.

avatar

Gloria

2011-12-09 16:55:31

A gdzie dalszy ciąg? kiedy czytałam ten artykuł w gazecie, obracam stronę z nadzieją że jeszcze się nie skończyła. Bardzo dobrze napisana;)