10 Victor od 10 maja

10 Victor od 10 maja

A w numerze m.in.:

- Niechciany domownik…

- Informator specjalny: Nastolatek i prawo

- Koleżanki mnie wykorzystują!

- Przyjaźń damska, przyjaźń męska – czym się różnią?

więcej
pogadaj na forum vg

11. Victor Gimnazjalista

A w numerze m.in.:

- Złe towarzystwo pije i pali? niekoniecznie...

- Zakochana bez wzajemności

- Zawód stylista

- Galeria typków - maruda

- Czas na bieganie

więcej
avatar

TakObczajTo

  • imię:
  • wiek: 14
  • skąd: Starogard Gdański
    (pomorskie)
więcej
avatar

Alexander

  • imię: M
  • wiek: 15
  • skąd: Kluczbork
    (opolskie)
więcej
avatar

kajol007

  • imię:
  • wiek: 17
  • skąd: Poznań
    (wielkopolskie)
więcej

Regulaminy SMS-owe i nagrodzeni

więcej
lubie to na fb

Nasze zwykłe dni... odc. 9

autor: Redakcja

data: 03.02.2012 22:44

Nasze zwykłe dni... odc. 9

Schronisko


– Nie kumam, co ona tu robi? – Maja nachyliła się do ucha Oli i zapytała, dyskretnie patrząc na Karinę, która pojawiła się przy busie taty Marcela.

Dziś był wielki finał szkolnej akcji dla zwierzaków – wszystkie zebrane rzeczy miały trafić do schroniska prowadzonego przez panią Ewę. W roli mikołajów (i jednocześnie tragarzy, bo przecież ktoś to musiał załadować i rozładować) wystąpiła oczywiście Ola, Maja, Piotrek z trzeciej C, Marcel, Błażej (w zastępstwie za chorego Krzyśka) i właśnie Karina, której nikt się nie spodziewał zobaczyć na miejscu zbiórki. Ale to do Oli należał decydujący głos i to ona spontanicznie zaproponowała Karinie wyprawę do schroniska. Tylko że nikomu o tym nie powiedziała i stąd właśnie pytanie Mai.

– Powiedziałam jej, że może jechać, a ona bardzo chciała. I tyle – odpowiedziała Ola najspokojniej jak umiała.

 

W busie było ciasno jak w puszce z sardynkami. Samochód podskakiwał na wybojach, kiedy zbliżali się do schroniska. Każdy trzymał na kolanach spore paczki, chociaż tył auta załadowany był prawie po dach. Co chwila ktoś musiał łapać chaotycznie przemieszczające się pudełka, koce i torebki, oczywiście wybuchając śmiechem. Tata Marcela spoglądał w lusterko zaniepokojony – policja nie byłaby zachwycona takim sposobem transportu. Na szczęście już dojeżdżali…

– O, matko! Jak my wam się odwdzięczymy? To… to jest po prostu niesamowite – pani Ewa i pani Grażyna nie mogły pohamować okrzyków zachwytu i łez wzruszenia. Od kilkunastu lat walczyły o każdą złotówkę dla swoich podopiecznych, a comiesięczne rachunki spędzały im sen z powiek. Nigdy jednak nie odmówiły pomocy żadnemu zwierzakowi, co niektórzy ludzie wykorzystywali, podrzucając pod płot schroniska psy i koty, które im się… znudziły. Znalezienie dla nich później nowego domu to było zadanie pani Grażyny. Całymi dniami pstrykała fotki, umieszczała w necie, wysyłała mejle, dawała ogłoszenia.

A pani Ewa miała na głowie życie codzienne schroniska – karma, szczepienia, weterynarz, ocieplanie bud i stajni… Bo w schronisku oprócz psów i kotów były też trzy konie. „Trzy parzystokopytne problemy”, jak o nich mówiły…

– Tu jest sucha karma, a w tych pudłach puszki. Gdzie to zanieść? – komenderowała wszystkim Ola. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd. Miała wrażenie, że wszystkie psy i koty doskonale rozumieją, że to dla nich prezenty, bo z kojców i wybiegów dobiegał radosny szczek i popiskiwanie.

– To może puszki do biura, a te kartony do schowka koło stajni? Albo nie, też do biura, posegregujemy sobie to na spokojnie – pani Ewa już nawet nie starała się kryć wzruszenia. Takie skarby! Wiedziały od Oli, że w szkole jest robiona zbiórka i bardzo się z tego cieszyły, ale nie przypuszczały, że zwierzaki dostaną aż tyle prezentów! Ponieważ chciały się jakoś odwdzięczyć, przez całą noc piekły kruche ciasteczka w kształcie piesków. Postanowiły załadować je w wielkie pudło i dać mikołajom, aby zawieźli do szkoły i poczęstowali wszystkich.

W schronisku panował wyjątkowy rozgardiasz. Ola biegała między boksami, pokazując Mai i Piotrkowi swoich ulubieńców i największych nieszczęśników. A za nimi biegał Marcel, który z ważną miną kręcił film o mikołajkowej akcji. Miał go potem umieścić na stronie internetowej szkoły. Błażej zajął się tym, w czym czuł się najlepiej – rozładowywaniem razem z tatą Marcela busa i przenoszeniem paczek. „Robota dla faceta, nie jakieś tam piszczenie z zachwytu nad każdym ciapkiem” – tak sobie tłumaczył. Ale prawda była taka, że dawno nie czuł się tak bardzo potrzebny i dorosły. Podobało mu się to miejsce i te dwie kobiety, które z taką radością przyjmowały każdy prezent. Nie dla siebie przecież, tylko dla zwierzaków, skrzywdzonych, ale ciągle z ufnością machających ogonami i poszczekujących.

– O, a to co za paczki? Ręczniki? Tyle ręczników? Cudownie! Ale jakie one ładne, popatrz, Grażynko! – pani Ewa dorwała się do pokaźnych toreb właśnie wyciągniętych z samochodu. – Olu, czy te ręczniki nie przez pomyłkę? Bo to za ładne, jak nowe!

– Nie, nie, wszystko dobrze! To niech Karina wyjaśni! – odkrzyknęła z daleka Ola, jednocześnie tarmosząc za uszy dużą, rudą sunię, która ze szczęścia dosłownie oszalała i pokazywała tak pocieszny psi taniec, że Maja i Piotrek nie mogli przestać się śmiać.

– Ty jesteś Karinka, tak? – pani Ewa od razu zauważyła, że śliczna blondynka odstaje od grupy. Grzeczna i pomocna, była jednak jakby z boku, nie pobiegła oglądać psów, wolała pomagać przy noszeniu pudełek. Karina kiwnęła głową:

– Tak, to ja. To ode mnie te ręczniki. To znaczy nie ode mnie, a od mojej mamy, a dokładniej z jej salonów kosmetycznych – zaczęła mętnie wyjaśniać. – Bo mama zarządza salonami i oni co jakiś czas robią wymianę wszystkich ręczników, bo wiadomo, tam muszą być takie totalnie nowe jak ze sklepu. Więc te wszystkie dała nam, żebyśmy przywieźli, bo może się przydadzą?

– Może? Dziewczyno! Nasze łobuzy będą tu miały prawdziwe SPA na tych ręcznikach, one chyba w życiu takich luksusów nie widziały. A jakie ciepłe, jakie miłe…

– Figa z Morusem w dwa dni przerobią je na frędzelki – dorzuciła pani Grażyna. – To nasze schroniskowe niszczarki. Wszystko przegryzą, ostatnio zajęły się moim kaloszem – dokończyła, śmiejąc się. – Składał się potem z co najmniej miliona kawałków.

Karina też się roześmiała. Czuła się dumna, że załatwiła taki wyjątkowy prezent. A niech sobie niszczarki pracują nad nim, najwyżej za jakiś czas znowu weźmie od mamy trochę ręczników i przywiezie. Bo jednego była pewna. To nie ostatnia jej wizyta w schronisku.

– To chodź, dziewczyno, zaniesiemy do boksu szczeniaków i do kotów kilka, im najbardziej się spodobają.

Chwilę później obserwowały, jak koty pracowicie „udeptywały” nowe legowiska, pomrukując z zadowolenia.

– A nie mówiłam, że całkiem jak w SPA? Boksy kotów przylegały do większego, ogrodzonego budynku, z którego dobiegało tupanie i prychanie.

– Tam są konie? Mogę tam zajrzeć?

– Jasne, że tak, idź. Tylko… spokojnie, dobrze? Zwłaszcza ten ciemny, stoi na końcu. To taka już stracona nasza bieda – zawiesiła głos pani Ewa. – Ale idź, idź…

Karina stanęła na progu i od razu poczuła ten zapach. Siano, słoma, mokra sierść. Kiedy była mała, pojechały z mamą do jej koleżanki, która prowadziła ośrodek jeździecki. Karina zawsze twierdziła, że stajnia pachnie pięknie, a mama się krzywiła, że to wyjątkowy smród, którego nie da się potem sprać z ubrania

– Czeeeść, jak się macie? – zagadała cicho do koni, powoli wchodząc do środka. W pierwszym boksie od razu wywołała poruszenie. Niewysoki, raczej grubiutki koń odwrócił się w stronę dziewczyny i zaciekawiony wyciągnął głowę w jej kierunku…

– Przepraszam, nie wzięłam niczego dla ciebie… No nie mam nic dla was – dodała, widząc, że drugi koń również zaciekawiony spogląda w jej stronę. Było jej naprawdę przykro, że wśród prezentów nie było niczego dla tych zwierzaków. Przecież do nich też powinien przyjść mikołaj. A ona nawet głupiej marchewki nie ma przy sobie.

Grubasek z pierwszego boksu dał się za to pogłaskać po szyi. Na pysku miał bardzo wyraźne blizny biegnące od lewego ucha aż do chrap.

– Kto cię tak załatwił, biedaku? – wyszeptała w końskie ucho, jednocześnie głaszcząc zwierzę i wyjmując źdźbła słomy z grzywy. Kilka minut później zbliżyła się do ostatniego, najciemniejszego boksu. Przytulony do ściany, z opuszczoną głową stał koń większy niż dwa pozostałe, ciemnogniady. Było w nim coś majestatycznego i jednocześnie straszliwie smutnego. Tak jakby całą swoją sylwetką mówił „nie chcę już niczego”.

Zagadała do niego cicho. Lekko poruszył uchem, ale nawet nie podniósł głowy. Zaczęła mówić. Że nie ma marchewek, że pierwszy raz tu jest i że miała ostatnio bardzo trudne dni. Koń głęboko westchnął i znowu poruszał uchem. Sama nie wiedziała, po co mu to opowiada, ale czuła, że tego potrzebuje. Chciała, żeby podszedł bliżej, ale jednocześnie bała się go spłoszyć. Takiej wyjątkowej więzi nie czuła jeszcze nigdy… Po prostu stała, patrzyła i cicho do niego mówiła…

Nagle usłyszała ciche kroki za sobą. Zamilkła, ale nie wykonała żadnego ruchu, nie chciała, żeby koń się przestraszył.

– Zaczarowałaś go… Słucha, co do niego mówisz… – cicho powiedziała pani Ewa. – Draco, Draco… – próbowała przywołać konia. Podniósł głowę, ale nie chciał podejść.

– Pewnie mnie się boi… Może już pójdę… – smutno zauważyła Karina.

– Nie, wręcz przeciwnie. Nie wiem, co mu powiedziałaś, ale jest bardzo spokojny. Normalnie, jak widzi nowe osoby, to aż się trzęsie z nerwów, chodzi od ściany do ściany, nawet czasem uderza głową. Dlatego cię ostrzegałam przed nim. A tu zaskoczenie… Znasz się na koniach, jeździsz?

– Nie. A chciałabym…

– No na Draco to już nikt nie pojeździ. Cud będzie, jak się komuś pozwoli poprowadzić albo wyszczotkować. Trzy miesiące jest u nas, a cały czas się zastanawiamy, czy dobrze zrobiłyśmy, czy nie trzeba go było wtedy uśpić…

– Jak to? Uśpić? To zdrowy koń!

– Nie, nie jest zdrowy. Gdyby się odwrócił, zobaczyłabyś, że ma wypalone lewe oko i takie wgniecenie na boku. Nawet nie chcę myśleć, co on przeszedł. Jak do nas trafił, to naprawdę nie wiedziałyśmy, jak go ratować. Ale przeżył… Teraz już w miarę dobrze je, czasem zdecyduje się wyjść na wybieg. Ale tylko na chwilkę, zaraz wraca do boksu…

Od strony biura dobiegło wołanie pani Grażyny:

– Ewa, Ewa, chodźcie! Karina! Chodźcie na herbatę!

– Chyba powinnyśmy iść – powiedziała pani Ewa, kładąc rękę na ramieniu Kariny. A ona szybko zapytała:

– Czy… czy mogę do niego przyjechać jutro? Żeby… żeby jeszcze z nim porozmawiać?

Pani Ewa spojrzała na nią z uwagą i bardzo poważnie odpowiedziała:

– Oczywiście, że możesz. Jeżeli naprawdę tego chcesz… Ale – dodała po chwili – musisz wiedzieć jedno… „Jeżeli kogoś oswoisz…

– …to jesteś za niego odpowiedzialny” – odpowiedziała Karina.

– Wiem, to z Małego Księcia. Kocham tę książkę. W drzwiach stajni jeszcze raz odwróciła się w kierunku Draco i spojrzała na niego w tak wyjątkowy sposób, że pani Ewa aż się uśmiechnęła. Doskonale znała to spojrzenie.

Tak właśnie rodziła się miłość człowieka do zwierzęcia.

 

komentarzy: 0

Skomentuj ten artykuł

Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.

Nie dodano jeszcze żadnego komentarza.