Co się dzieje w domu?
„Miał być lepszy od poprzedniego. A jest beznadziejny. Tyle sobie obiecywałam, że zrobię w tym roku…” – Maja robiła to, w czym była bezsprzecznie doskonała – użalała się nad sobą. Zwinięta w „chińskie osiem” jak to określała mama, siedziała pod kocem i bezmyślnie patrzyła w ścianę. Nie chciało jej się włączyć światła, chociaż zapadł już zmrok. Nie chciało jej się sięgnąć po komórkę. A tym bardziej po plecak, żeby wyjąć książki i zabrać się za lekcje. Właściwie jedyne, co jej się chciało, to pójść do kuchni i ukroić sobie porządny kawałek sernika, który mama wczoraj upiekła z okazji wizyty Justyny i Kuby.
„Nie mogę tyle żreć, bo będę słoniem” – wściekała się Maja. „Już jestem, nie ma się co oszukiwać”. Święta, sylwester – czas pokus dla łasuchów. Minęły już dwa tygodnie nowego roku, a Maja nadal nie mogła ograniczyć łakomstwa, chociaż tak bardzo sobie to obiecywała. Spodnie robiły się coraz ciaśniejsze, a ona coraz bardziej przybita i zła na siebie. I to właśnie było powodem jej fatalnego humoru. I wczorajsza wizyta starszej siostry i jej męża. Zmiana w zachowaniu Justyny już jesienią zwróciła uwagę Mai, ale ponieważ miały rzadki kontakt i Justyna cały czas wykręcała się od rodzinnych obiadków nadmiarem pracy, Maja uznała, że nic takiego się nie dzieje. Ale wspólna Wigilia i wczorajsza wizyta młodych Sucharskich jednak dały do myślenia i to chyba nie tylko jej, bo rodzice również przyciszonymi głosami rozmawiali o czymś wieczorem. Przy czym tata na ogół mówił: „eee, przesadzasz”, „eee, wydaje ci się”, a mama mówiła: „wiem, co mówię”, „uwierz w moją intuicję”. Do jakich wniosków doszli, nie wiadomo. Fakty były takie, że do niedawna cudowne małżeństwo Justyny i Kuby waliło się na oczach całej rodziny. Takiej porcji warczenia na siebie, złośliwości i pełnych nienawiści spojrzeń Maja dawno nie widziała. Sytuacja była bardzo przykra. Kuba starał się jeszcze jakoś zachować pozory i być miłym wobec teściów i Mai. Ale Justyna nie hamowała się absolutnie – co chwila złośliwie komentowała zachowanie męża, kłóciła się z nim o wszystko – politykę, film, muzykę, wychowanie dzieci (których jeszcze nie mieli). Maja miała na końcu języka: uspokójcie się natychmiast, bo psujecie święta! Nikt jednak nic nie powiedział i wszyscy domownicy potajemnie odetchnęli z ulgą, gdy za młodymi zamknęły się drzwi. W myśl zasady – niech się kłócą we własnym domu. A wczorajsza wizyta też nie była lepsza. Wpadli, bo chyba chcieli zatrzeć to niemiłe wigilijne wrażenie, a w sumie skończyło się na tym samym – zacięta mina Kuby i obrażona Justyna. A przecież od ich ślubu nie upłynęło aż tak dużo czasu, Maja pamięta, że była wtedy tuż po testach szóstoklasistów, kiedy bardzo dumna pomagała w przygotowaniach weselnych. I co, już koniec miłości? Rok naprawdę zaczął się paskudnie…
– Miśka, tempo, dziewczyno. Przecież masz tylko dwie ręce, nie potrzebujesz godziny na założenie rękawiczek! – Ale one mają dużo paluchów. Za dużo chyba… – skupiona mina pięciolatki walczącej z pięciopalczastymi rękawiczkami rozbawiła Błażeja.
– Na pewno nie mają za dużo, tylko niepotrzebnie się tak z nimi szarpiesz. W przedszkolu też wszyscy na ciebie czekają, żebyś się ubrała?
– Nie, w przedszkolu jestem prawie najszybsza… Tylko Zuzia umie się szybciej ubrać. I Madzia, ale ona ma kombinezon.
– Najszybsza? No to nieźle, zanim wyjdziecie na spacer, to pewnie musicie już wracać, jak macie takie tempo… – Błażej nie liczył na to, że Misia zrozumie ironię w jego słowach, ale lubił czasem przekomarzać się z siostrą. Lubił, kiedy byli tylko we dwoje w domu, mama w pracy, a ojciec… wszystko jedno gdzie, byle dalej. Przypomniał sobie Wigilię – rumieńce i niecierpliwość Miśki, która nie mogła usiedzieć przy stole i co chwila zaglądała pod choinkę. Na szczęście Błażej się w tym roku postarał i kupił jej wymarzony domek dla plastikowych kucyków z długimi grzywami. Nie było łatwo skombinować dwie stówy, ale wiedział, że na matkę finansowo nie może liczyć – i tak się postarała, kupiła torbę słodyczy i jakąś przytulankę dla małej, kolorowe spinki do włosów. Miśka była szczęśliwa, siedziała przy swoich zdobyczach i nie dawała się zagonić do łóżka. Mamie Błażej kupił zestaw kosmetyków – na nic więcej nie było go już stać, a mama i tak się wzruszyła. Nawet nie pytała, gdzie i jak zarobił na to. Pewnie wolałaby nie wiedzieć. On sam nic nie dostał. Nie był zdziwiony, mama przed Wigilią uprzedzała go, że tak wszystko podrożało, że chce kupić i makowiec i karpia, więc „zrozum, Błażejku, w przyszłym roku, dobrze?”. Rozumiał doskonale, nie miał żalu. Naprawdę pracowała z całych sił, żeby chociaż Miśka nie czuła się gorsza od koleżanek, żeby nikt jej nie dokuczał, że z takiej bidoty pochodzi. Błażej nauczył się radzić sobie sam – dobrze, że był chłopakiem, dwie w miarę dobrze wyglądające bluzy i jest OK, nikt się nie czepia. Przydałyby się tylko buty, airmaxy mu się marzyły. Może za jakiś czas, jak już do końca odpracuje ten gwiazdkowy prezent dla małej…
– Błażej, juuuuż, zobacz! – Miśka dumnie pokazywała rękawiczki.
– Super, śmigamy szybko – odpowiedział, wypychając ją z mieszkania. Za dwadzieścia minut zaczyna się lekcja, a musi jeszcze Michalinę odstawić do przedszkola.
Kiedy przyspieszonym krokiem maszerowali przez osiedle, Błażej zauważył z daleka charakterystyczną, zgarbioną i niechlujną sylwetkę ojca. Nie było jeszcze ósmej, a on już zgadał się ze swoimi koleżkami i skrupulatnie liczyli drobne powyciągane z kieszeni. Mietek, najlepszy kompan ojca, jakimś cudem nadal pracował jako dozorca na parkingu osiedlowym, chociaż właściciele samochodów już nieraz skarżyli się, że stróż z nocnej zmiany znowu był podpity. A trzeci kompan to emerytowany wojskowy, gruby Rysiek, który tłukł swoją żonę, aż od niego się wyprowadziła dwa lata temu i od tej pory Rysiek pije i klnie na „durną babę”.
Fakt, ojciec nie bił, chyba nigdy nie podniósł ręki na matkę czy małą. Błażejowi, jak był młodszy, to kilka razy przylał albo w ucho dał, ale ostatecznie można uznać, że to był element ojcowego wychowania, przynajmniej wtedy tak się Błażejowi wydawało. Ojciec pił. Dużo, często, bez umiaru. Nie zarabiał od dawna, ciągle domagał się od matki pieniędzy, a zdarzyło się, że i sam jej podbierał z torebki, na szczęście teraz chowa wszystko w coraz to nowych miejscach. Upijał się raz na kilka dni – najczęściej wtedy, gdy Rysiek lub Mietek mieli przypływ gotówki. Sam dochodów nie miał, prawo do zasiłku utracił, bo nie zgłaszał się na rozmowy do urzędu i w ogóle w nosie miał szukanie roboty. „To wszystko przez matkę” ze złością pomyślał Błażej. „Zgadza się na takie traktowanie, karmi tylko tego wykorzystywacza, a jak się jej coś powie, żeby go pogoniła z domu albo do roboty, to tylko płacze albo się obraża”. Od niedawna Błażej też starał się otworzyć oczy matce, powiedzieć, że lepiej im będzie we trójkę. Ale nic nie wskazywało na to, że sytuacja się poprawi…
– Sońka, Sońka, wróć tu! – usłyszał Błażej zza rogu bloku. Chwilę później zobaczył wybiegającą w nieco przyciężkich podskokach kudłatą kundelkę, która biegła w zupełnie przeciwnym kierunku niż tego życzyłaby sobie jej właścicielka, czyli… Majka. Właśnie zdyszana i zdecydowanie zła truchtała za psem, którego niepotrzebnie tego ranka spuściła ze smyczy. W ramach postanowień noworocznych Maja wprowadziła program dłuższych spacerów z psem, co miało wyjść na zdrowie i jej i Soni. A suczce tak się spodobało odkrywanie dawno nieodwiedzanych rejonów osiedla, że przestała smętnie chodzić przy nodze i biegała po wszystkich alejkach i trawnikach. I udawała, że kompletnie nie słyszy tego, że Maja ją woła.
– Cześć, zwiała ci? – zagadał Błażej do Mai. Od czasu akcji z ipodem i wspólnego wyjazdu do schroniska, Błażej inaczej spoglądał na Maję. Nie w sensie, że mu się podobała, bo były w klasie ładniejsze dziewczyny, ale Maja była taka, że chciałoby się z nią pogadać. Takie miał wrażenie. – Coś daleko się zapuściłaś na spacer…
– Cześć, no trochę wydłużyłam trasę… – odpowiedziała zdyszana, jednocześnie przypinając smycz suczce, która jednak zdecydowała się wrócić do pani.
– Akcja „odchudzanie”? – zażartował Błażej i za chwilę pożałował tych słów. Chodziło mu o psa, którego zaokrąglone boczki bez wątpienia wskazywały na nadwagę i dużą potrzebę ruchu. Nie pomyślał jednak, że Maja te słowa odbierze… do siebie! Spojrzała na niego tak wściekłym wzrokiem, że aż go zmroziło.
– Odczep się, dobra?! – odcięła się i odwróciła na pięcie. Bezczelny typ! Było jej przykro, jak zawsze, kiedy ktoś w jej obecności mówił o dietach, kaloriach i nadwadze. Wszystko odbierała jako atak na siebie.
– No co ty, Majka! – szybko zareagował. – Dużo psów na osiedlu jest grubszych niż twoja suka. Co się obrażasz? Majka przystanęła. „Kurcze, on o psie mówił, nie o mnie. Ale głupio wyszło.” Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.
– Luz, żartowałam – bez przekonania wyjaśniła. – Ale już muszę iść, wy chyba też, prawie ósma. Zresztą nie lubię jej w tych rejonach puszczać, bo zaraz chce witać się z tymi pijusami z parkingu… Menele jakieś, od rana piją… – Maja głową wskazała trzech mężczyzn koło parkingu.
A Błażeja aż zmroziło. Doskonale wiedział przecież, kto jest jednym z tych meneli. Ale nie miał zamiaru tego Mai wyjaśniać. Mocniej złapał za rękę Miśkę, zanim skojarzy, o kim mówi Maja i bez słowa ruszył w stronę budynku przedszkola. A zdziwiona Maja wzruszyła ramionami. „Kolejny beznadziejny dzień w tym beznadziejnym roku…”
Kolejny odcinek powieści znajdziesz w Victorze nr 3. Już w kioskach!


















Skomentuj ten artykuł
Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.
chcebyckarisia
2012-05-06 22:16:08