Byliście kiedyś w takiej sytuacji, że bardzo wam na czymś zależało, czekaliście na jakiś moment, a potem okazywało się, że wyszło totalnie inaczej niż się spodziewaliście...?!
Moja mama w takich sytuacjach mówi, że życie samo układa różne scenariusze i że właśnie to jest najfajniejsze, że nigdy nie można niczego przewidzieć. Może i dla mamy to jest fajne, ja czasem wolałbym, żeby było tak jak ja to sobie wymyśliłem…
Ale do rzeczy. Ostatnie dwa tygodnie mojego życia można określić jednym słowem: PECH. Wielki i nieprzewidywalny. Najpierw klasowe wyjście do MCkwaka. Taki spontan to miał być z okazji czegośtam czy też bez okazji. Poszliśmy całą klasą, o dziwo, bo na ogół ciężko nas zgrać razem. Zadowolony byłem, bo nawet kasę miałem przy sobie, jeszcze ze świątecznych zostało. W knajpie tak kombinowałem, żeby usiąść blisko Aśki, bo już wtedy byłem stuprocentowo pewien, ze nie ma drugiej tak ładnej, tak fajnej i w ogóle TAKIEJ dziewczyny. Oczywiście oprócz mnie, nikt nie wiedział o tym, że mi się Aśka podoba. Przynajmniej tak mi się wydawało. A tego dnia wyglądała szczególnie ładnie. Miała taki kolorowy sweter, na głowie fajne warkoczyki, chyba wszyscy zwrócili na to uwagę, bo i Kuba i Marcin (zdrajca!) do niej się dostawiali. Ale tylko ja jeden mogłem jej zaproponować, że kupię co tylko zechce. W szoku była, jak jej to zaproponowałem, a jej idiotyczne koleżaneczki od razu zaczęły:
– Mi też? Mi też coś kupisz?
– Dlaczego tylko Aśce?
– Ja bym chciała zestaw z kawałkami kurczaka. No i lody, wiadomo.
I jak ja miałem z tego wybrnąć? Stwierdziłem, że w takim razie kupię wszystkim dziewczynom lody i colę…
– Uuuu, aleś się postawił, niech skonam! – tak zareagował mój najlepszy (do tej pory myślałem, że najlepszy!) kumpel Marcin. No a reszta podchwyciła i z zazdrości zaczęli się nabijać:
– Hehe, Dżoker chce wyrwać wszystkie laski na raz!
– Lody mu się marzą, uhuhu!
– Te, Dżoker, zrób najpierw coś z tymi syfami na plecach, bo dziewczyny padną, jak przyjdzie co do czego…
– Haremik chcesz założyć? Może się podzielisz z kumplem?
No i żegnany mniej więcej takimi komentarzami poszedłem po te lody. Wkurzony już byłem maksymalnie, ale głupio było się wycofać. Oczywiście jak ja stałem w kolejce i przeliczałem, ile będzie mnie ten gest kosztować, któryś z tych debili zajął moje strategiczne miejsce koło Aśki. Po piętnastu minutach, obładowany wywrotną tacą z lodami i colą krok po kroku szedłem do naszego stolika i modliłem się w duchu, żeby się nie wywalić i nie zaryć twarzą prosto w te lody z polewami. Uff, udało się. Prawie. Bo kiedy już rozdawałam dziewczynom te lody (oczywiście cały czas z komentarzami moich głupawych kumpli), to widocznie albo ręce już miałem zmęczone albo nerwy zawiodły, bo podając Aśce loda jakoś tak się porobiło, że lód upadł prosto na jej kolorowy sweter. No trzeba było słyszeć wtedy ten ryk śmiechu… Stałem cały czerwony, Aśka też była czerwona i usiłowała te lody jakoś ze swetra zetrzeć, a reszta wyła ze śmiechu. Mówię wam, jak w komedii z cyklu Frajerzy… Reszta pobytu w McKwaku była mi już całkiem obojętna. Aśka wróciła z łazienki, gdzie zmywała z siebie te nieszczęsne lody i usiadła zupełnie na drugim końcu stołu, tyłem do mnie. Oczywiście, nikt mi za lody nie podziękował, zajęli się planowaniem klasowej imprezki. Nawet wesoło było, ale ja czułem się przegrany na całej linii i chciałem jak najszybciej wrócić do domu. Godzinę później wszyscy zaczęli się rozchodzić. Stałem na przystanku i czekałem na autobus, klnąc w duchu, że w McKwaku nie skorzystałem z toalety, bo pół litra coli przypominało o sobie, a autobusy do mojego domu (rodzicom trzy lata temu zamarzył się domek pod miastem!) jeździły chyba raz na godzinę. Co chwila lukałem na komórkę, raczej tak z przyzwyczajenia i z nudów. I wtedy sms:
Widze cie, wiesz? Jestem po drugiej stronie ulicy. Zwial mi autobus, tobie tez? A.
Spojrzałem. Fakt, stała tam i śmiała się do mnie. A obok niej żadnej koleżanki. Nikogo! Serce mi załomotało i pomyślałam, a niech tam, raz kozie śmierć. Podszedłem do niej i zacząłem przepraszać za te lody i w ogóle. A Aśka rozchichotała się i powiedziała:
– No przestań, wypiorę sweter i tyle. Ale w sumie to ja jedna lodów nie dostałam. A naprawdę miałam ochotę. Wracamy na lody? Mogę za siebie zapłacić. I za ciebie nawet też…
Trzeba było widzieć wtedy moją minę. Szczęście wychodziło mi oczami, uszami i w ogóle wszystkimi otworami.
Pół godziny później przez szybę McKwaka patrzyliśmy, jak kolejne nasze autobusy odjeżdżają z przystanków. I jakoś wydało nam się to bardzo śmieszne. Podobnie jak to, że jako dzieci jeździliśmy na wczasy do tej samej miejscowości, że oboje mamy w domu niezłą kolekcję Thorgala, że nie cierpimy czekoladek z marcepanem, że najfajniejszą rasą psów są berneńczyki…


















Skomentuj ten artykuł
Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.
woda12
2011-01-31 15:58:57