W ciągu roku widziałyśmy się cztery, może pięć razy. To znaczy od kiedy przeprowadziliśmy się z rodzicami tu, do nowego domu. Bo wcześniej, kiedy chodziłam do podstawówki, to prawie co niedziela byliśmy u babci na obiedzie.
Pamiętam, że wtedy to nawet tata o to się złościł, że weekendu nie można inaczej zaplanować, bo zawsze ten rosół i schab ze śliwką u teściowej. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że tylko tak gada, żeby gadać, a tak naprawdę to wizyty u babci Danieli bardzo lubił. A mama tłumaczyła, że babcia dzięki temu ma zajęcie i łatwiej jej się pogodzić z przejściem na emeryturę. Tak było kilka lat temu. A potem babcia zaczęła się udzielać w jakimś klubie seniora, a my się przeprowadziliśmy. I zostały już tylko spotkania w czasie świąt, w dniu imienin babci i jakieś tam, bez szczególnej okazji. I jeszcze to w styczniu, kiedy (ostatnio to już nawet bez przypominania mamy) kupowałam kwiatka albo czekoladki Merci i wędrowałam do babci po to, żeby te czekoladki zjeść, bo babcia zawsze najchętniej poczęstowałaby nas wszystkim, co miała w domu. Babcia wypytywała, co tam w szkole i czy nie marznę w tej krótkiej kurteczce i czemu ja zawsze chodzę bez czapki, co to za wariacka moda. Ale za bardzo nie marudziła, wesoła była i na wszystko machała ręką, chichocząc: „Kto by to pomyślał, kto by pomyślał…” Potem najczęściej prosiła mnie o zdjęcie czegoś z pawlacza, niby to pod pretekstem, że szuka jakiejś włóczki czy torebki. I zaczynało się odkrywanie skarbów. Babcia śmiała się ze mnie, kiedy przed lustrem przymierzałam jej kiecki, dziwaczne żakiety, berety i kapelusze. I jakoś tak się zawsze działo, że chociaż szłam tam tylko po to, żeby odbębnić obowiązek dobrej wnuczki, to po wyjściu nigdy tej wizyty nie żałowałam, a wręcz przeciwnie, kilka razy już zastanawiałam się, czy nie mogłabym się do babci przeprowadzić, np. na czas nauki w liceum.
A teraz wszystko jest inaczej. Przedwczoraj był Dzień Babci, a ja nie kupiłam kwiatka i czekoladek, nie miałam gdzie jechać. Bo tuż przed Gwiazdką babci zabrakło. Nagle, zupełnie niespodziewanie. W środku nocy zadzwoniła sąsiadka babci i zdenerwowana powiedziała, że już wezwała pogotowie i że to chyba coś poważnego. Rodzice w te pędy pojechali do szpitala, nie było ich całą noc, nie odbierali telefonów, a ja siedziałam w kuchni przy oknie i z nerwów zjadłam prawie dwie tabliczki czekolady. Przyjechali dopiero rano, mama miała oczy spuchnięte i czerwone, tata przytulał ją mocno i kazał mi szybko zrobić mamie herbaty. A potem mama przytuliła mnie tak bardzo silnie i rozpaczliwie i już nie musiałam o nic pytać. Wiedziałam, że babci już nie ma.
Następne dni to głównie telefony do jakiejś rodziny, zamawianie wieńcy, umawianie mszy. Zazdrościłam tacie, że to wszystko może załatwiać, bo przynajmniej coś robił, nie myślał, nie przypominał sobie. Mama niby też się trzymała, ale od czasu do czasu popłakiwała sobie w łazience czy kuchni. Na cmentarzu było przeraźliwie zimno i każdy chyba myślał tylko o tym, żeby wrócić do domu. Wszyscy wyglądali jakoś tak smutno i dostojnie, inaczej. Podchodzili do nas, niektórzy mnie całowali, przytulali, mówili, że taka ładna wnuczka się babci udała. Wycierali czerwone nosy w chusteczki i znikali gdzieś, odchodząc pospiesznie.
Przedwczoraj był Dzień Babci. A niech tam, niby czemu mam nie kupować kwiatków… Pójdę, zaniosę kwiatki, powiem babci, że chciałam u niej mieszkać i że nigdy nie zapomnę tego przymierzania starych sukienek…


















Skomentuj ten artykuł
Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.
Nie dodano jeszcze żadnego komentarza.