„Jeżeli twój indeks BMI mieści się w granicach od 18,5 do 25, twoja waga jest prawidłowa…” Taaa, jasne. Znowu jakieś bzdury. Mój indeks to 19 (o ile dobrze policzyłam, bo ostatnio wszystko mi się myli i złapałam się na tym, że nie umiem dzielić), a moja waga zdecydowanie nie jest prawidłowa. ZDECYDOWANIE.
Tyłek mam wielki jak szafa, wystający brzuch i tłuszcz na łydkach i udach. Obrzydlistwo. Mam wrażenie, że tego wcale nie ubywa, chociaż już nie wiem, co robić. To znaczy wiem, ale do tego potrzebuję, żeby mama wyjechała już na tę wycieczkę. Będę mieć dwa tygodnie na rozprawienie się z tłuszczem. Bo przy mamie to nie ma opcji. Ostatnio to jakby sobie znalazła misję – utuczę moją córkę jak prosię. Ledwie wejdzie do domu, jeszcze siatek nie położy, a już krzyczy „Co jadłaś?” Mówię, że jogurt i za dwie minuty wrzask z kuchni, że kłamię, bo ona doskonale pamięta, że były cztery i nadal są cztery. I się zaczyna. Robi kanapki, jajecznicę (bo podobno zawsze lubiłam, ja nie pamiętam), jakieś twarożki („jak dbasz o linię, to proszę, twarożek”) i każe mi to wszystko jeść. Tłumaczę, że nie chcę, bo jadłam u Kaśki, że nie zmieszczę takiej ilości i żuję tę nieszczęsną kanapkę, a mama stoi nade mną i na przemian złości się i wzdycha, że ona już do mnie nie ma siły, że dobrze wie, co to nastolatki teraz wyprawiają. A potem zaczyna się wykład o rujnowaniu zdrowia, o anoreksji i innych choróbskach. Ja nie mam żadnej anoreksji. Jakbym miała, to po pierwsze byłabym chuda jak szczapa, po drugie nie jadłabym nic, całkiem nic. A ja jem, czasem nawet dużo. O, nawet przedwczoraj. Siedziałyśmy z Kaśką u niej przed blokiem. Przyniosła pakę paluszków. Myślałam „dwa, góra trzy”. Ale tak się zagadałyśmy, że nie zauważyłam, jak co chwila sięgałam do paczki i zjadłam chyba więcej niż Kaśka. Paczka, buzia, paczka, buzia. A właściwie nie buzia tylko obrzydliwy, tłusty, wiecznie głodny ryj. Mam ryj, który wiecznie by coś memlał, przeżuwał. Z żołądkiem już się dogadałam, już nie zwracam uwagi, jak burczy. Chociaż wieczorem jest ciężko, ciężko jak diabli. Ale idę wtedy do łazienki, włażę na wagę i wiem, że jeszcze strasznie dużo przede mną. Albo staję przed lustrem i patrzę na to obrzydliwe cielsko. Kiedyś mama bez pukania weszła do mojego pokoju i zobaczyła, jak stoję w samej bieliźnie. Awantura na maksa. Ja na nią, że dlaczego wchodzi, że potrzebuję czasem intymności. A ona na mnie, że wyglądam jak kościotrup, że żebra mi sterczą, nie mam już prawie piersi, że się doprowadzam do ruiny. Ta, do ruiny! Do ruiny to mnie te zwały tłuszczu doprowadzą. Ostatnio założyłam białe spodnie, rozmiar 34. Idę na przerwie korytarzem, a Olka do mnie z daleka: „Marti, rany, jak ty wyglądasz!” Myślałam, że ją zatłukę, wszyscy zaczęli się na mnie gapić i już wiedzą, że mam obrzydliwie tłuste nogi. Ona potem tłumaczyła, że chodziło, jej o to, że strasznie schudłam i w pasie to już mnie nie ma. Bo uwierzę! Tak powiedziała, bo jej głupio było. Więcej tych spodni nie założę. Próbowałam włożyć rozmiar 32, ale ciasne na tyłku były i majtki by prześwitywały. No to najlepszy dowód, ile jeszcze muszę schudnąć. Skoro ktoś wymyślił rozmiar 32, to znaczy, że tak trzeba wyglądać. Niech już tylko mama pojedzie na tę wycieczkę, to będę mogła jeść tak jak chce. Kupię sobie sałatę, brokuły, czasem może pomidora. Rano troszkę, potem w południe i już do wieczora nic, ani kęsa. Tylko woda. No i muszę zacząć biegać, tylko najchętniej wieczorem, po ciemku, żeby nikt nie widział, jak mi się tłuszcz trzęsie. I wreszcie zrobię ze sobą porządek. I kropka. To będą dobre wakacje. We wrześniu wreszcie będę z siebie zadowolona, wreszcie będę wyglądać jak człowiek.


















Skomentuj ten artykuł
Zarejestruj się lub zaloguj aby dodać komentarz.
Marlenamr3
2011-06-23 22:02:50
Aluuuuuuu
2011-05-30 18:42:01
chcebyckarisia
2010-12-19 19:48:24
kruszyna
2010-08-31 16:18:06
kejt93
2010-08-22 22:38:56