Uczestniczyłem w Dziadach. Opowiadanie.
Oto nasze przykładowe wypracowanie. Może trochę
przewrotne, ale przecież w temacie nie było powiedziane, że
to ma być właśnie tamten, dziewiętnastowieczny obrzęd
Dziadów. Uwspółcześniona wersja dramatu
Mickiewicza.
Powiało chłodem. Było naprawdę zimno. Nic dziwnego, to już
koniec października.
– Zamknijcie drzwi od kaplicy. Szybko, bo nas tu
zawieje!
– Naprawdę chcesz to zrobić, Gruby?
– A co masz cykora? Nie pękaj stary. Nie takie rzeczy się
robiło. Patrz, Kaśka młodsza i nie cyka się. No nie,
Ruda?
– Pewnie. Gruby, poczekajmy jeszcze na Jolkę i Darka. Będą
wściekli, jeśli nie zaczekasz.
– Eeee tam, nie przyjdą, starzy ich nie puścili. Zamknijcie
drzwi. Stańcie tu, dookoła mnie. Dobra, zaczynamy...
Spojrzałem do góry. Sufit kaplicy spowity był w ciemnościach.
Nic dziwnego, była noc, a my mieliśmy ze sobą tylko kilka
świeczek. Przez chwilę zdawało mi się, że w kącie sufitu coś
zajaśniało...
– Młody, podaj mi to zielsko. Szybko, bo się nie chce
rozpalić. No, słyszysz co do ciebie mówię? Gdzie ty się tam
gapisz? No, i zgasło przez ciebie...
– Gruby, spójrz w górę! Tam coś jest!!!
– Jejciu, ja się boję! – Kaśka wbiła mi wszystkie paznokcie w
ramię. Ale... miała rację, że się bała. Pod sufitem coś było.
Bez wątpienia. Niewyraźna postać poruszała się jakby pod
wpływem wiatru. Postać, a może tylko jej cień. A może
raczej.... duch?!?
– Was chyba normalnie pokręciło! Przecież to jakieś szmaty.
Pewnie kościelny utykał nimi dach, żeby nie przeciekał. –
Gruby jak zwykle zachował zimną krew – Nie wiem, po co cię
zabrałem, Młody. Pękasz już na samym początku.
Duch faktycznie okazał się kupą brudnych szmat.
– Sorry, stary. Przerabiamy teraz w szkole Mickiewicza i mi
się z Dziadami skojarzyło. Tam trochę podobnie było.
Duchy dzieci pod sufitem fruwały.
– Ty mi tu z Mickiewiczem nie wyjeżdżaj, pałę z niego
dostałem. Daj zapałki. No, pali się. Powtarzajcie za mną.
tylko dokładnie. "Zaklęta mocy przybywaj, odwieczna mądrości
nawiedź nas, nieskończona piękności ukaż nam się, duchu
Jimiego Morrisona natchnij nas..."
– "... mądrości nawiedź nas, nieskończona piękności ukaż nam
się..." Gruby, a co do tego ma Morrison?
– Ty to Młody mnie coraz bardziej denerwujesz. Morrison
dobrze brzmi... Nie wnikaj, tylko powtarzaj. "Niech stanie
się dzień w środku nocy, niech słońce zgaśnie, niech nigdy
nie kończy się światłość..."
– Jak słońce zgaśnie, to co będzie świecić? – tym razem Kaśka
miała wątpliwości co do zaklęcia wymyślonego przez Grubego.
Ale za chwilę zapomniała o swych wątpliwościach, bo... drzwi
od kaplicy skrzypnęły i w drzwiach stanęła... Nie, nie
światłość wezwana przez Grubego, tylko zakutana w puchową
kurtkę Jolka.
– Aaa! Aleś mnie wystraszyła! – paznokcie Kaśki znowu wbiły
się w moje ramię.
– A jak ja się bałam. Musiałam sama tu dojść. Brrr!
Okropność. Trzy razy się wywaliłam na jakiś kamieniach.
Kolano sobie rozbiłam. Zaczęliście beze mnie?
– Dopiero co. Stawaj, powiemy jeszcze raz. Tylko drzwi
zamknij , bo przeciąg.
Ale Grubemu nie dane było dokończyć zaklęcia. Nie minęło
nawet dziesięć sekund i usłyszeliśmy rytmiczny stukot. Coś
wyraźnie stukało w spróchniałe okiennice kaplicy. I z
pewnością nie były to gałęzie drzew. Bo żadnych drzew obok
kaplicy nie było. A do tego stukotu dołączył się dobrze znany
nam głos.
– Wandale! Podpalacze jedni! Po policję zadzwonię! Uciekać mi
stąd, ale już! Bo wam zaraz skórę wyłoję! – stukot w
okiennice zamienił się w prawdziwy łomot, a tajemnicze
zjawisko przybrało postać kościelnego. Bardzo wściekłego
kościelnego. A każdy w Lipkach wie, że z naszym kościelnym
Walczakiem lepiej nie zadzierać, bo lubi sięgać po miotłę i
niejednemu chłopakowi już skórę przetrzepał.
– Ja z Kaśką przez okno z tyłu. Młody, bierz Jolkę i
drzwiami. Spotykamy się jutro w szkole. Chodu! Ale już!
To był ostatni moment. Przeskakując nagrobki, zauważyłem jak
kościelny mocuje się z okiennicą. W okolicznych domach
zapaliły się światła.
– Co się dzieje? Co to za hałasy? Panie Walczak, to
pan?
I tak zakończył się obrzęd dziadów, w którym brałem udział.
Trochę inaczej miało to wyglądać, ale chyba każdy przyzna, że
emocji nie brakowało. Gdyby Mickiewicz był z nami to nikt by
pały z Dziadów nigdy nie dostał, bo to nie byłby
nudnawy dramat, tylko doskonała powieść sensacyjna.

















